niedziela, 11 października 2015

Rozdział 16

Ideał to brednie, a miłość jest fałszem.

If I don't have to do it, I won't.
If I have to do it, I'll make it quick.

   Mijały kolejne długie godziny - chociaż może były to minuty. Straciłam poczucie czasu, gdy jechałam taksówką, która nie zatrzymywała się nawet na chwilę. Nie było korków ulicznych, ludzi po drodze. Po prostu jedno wielkie NIC. Poczułam się niepewnie, gdy zaczęłam myśleć o spotkaniu z wujkiem i - co gorsza - ciocią. Muszę przyznać, że się jej bałam. Nie wiem, dlaczego. W końcu mogłam normalnie powiedzieć ojcu, że go zdradziła. Jednak coś mi na to nie pozwalało. Sama nie wiem, co to było, ale prawdą jest, że chciałam jak najlepiej dla wuja. Nawet jeśli takie zachowanie było głupie. To brzmi tak, jakbym chciała jak najlepiej tylko dla siebie, a nie dla niego.
- Przepraszam. - powiedziałam cicho do kierowcy, zakładając włosy za ucho. Mruknął tylko, zerkając w lusterko. - Obudzi mnie pan, gdy dojedziemy już na miejsce? - zapytałam jeszcze ciszej.
- Jasne. - uśmiechnął się i wrócił wzrokiem na drogę. Zamknęłam oczy, a chwilę później zasnęłam. Nie chciałam zamęczać się dziwnymi myślami, ani niczym innym. Po prostu potrzebowałam chwili dla siebie.
   Leżałam na polanie, na której rosły kolorowe kwiaty. Nie bardzo się na tym znam, ale na pewno były tam stokrotki i niezapominajki. Zrobiłam sobie z nich wianek, po czym nałożyłam go na głowę. Do moich uszu dobiegł dźwięk czyichś kroków. Odwróciłam się natychmiast i ujrzałam Lysandra. Trzymał w rękach bukiet kwiatów, a ubrany był w białą koszulę, która - tak swoją drogą - była rozpięta. Był naprawdę dobrze zbudowany. Zaś na jego nogach widniały normalne spodnie, co z kolei było dziwne. On w standardowych ubraniach... No aż trudno to sobie wyobrazić, ale jednak tam był i tak wyglądał. Podniosłam się, a on podszedł do mnie, uśmiechając się promiennie. Wzięłam od niego wiązankę. W tym momencie białowłosy przyciągnął mnie do siebie, łapiąc mnie w talii jedną ręką, a drugą wplątując w moje włosy. Byłam zaskoczona. Nie wiedziałam przez dłuższy moment, co się dzieje. Przecież był już zdrowy, więc dlaczego...? Przybliżył się delikatnie i złączył nasze usta, zmuszając mnie do rozchylenia moich. Dopiero po chwili zrozumiałam, że powinnam skorzystać z chwili i oddałam pocałunek, rozkoszując się dotykiem różnookiego. Położyłam mu ręce na ramionach i zaśmiałam się, otwierając oczy.
- Obudź się w końcu. - powiedział melodyjnym głosem. - No już, wstawaj. - puścił mnie i odwrócił się, idąc przed siebie. Patrzyłam jak znika za horyzontem. Już go więcej nie zobaczyłam.
   Otworzyłam oczy, rozglądając się dookoła mocno zaspana.
- No nareszcie się panienka obudziła. Już myślałem, że cię nie obudzę. - bąknął kierowca, wychodząc z taksówki. Przeciągnęłam się. Co to był za chory sen? Wyszłam z pojazdu, starając się nie myśleć o tych emocjach, które czułam podczas snu. Nareszcie dotarłam do domu. Tylko to się wtedy liczyło.
- Dziękuję! - zapłaciłam kierowcy za podróż i z walizką pognałam do ciepłego mieszkania. Nacisnęłam na klamkę, jednak okazało się, że drzwi są zamknięte na klucz. Ja swojego nie miałam, więc musiałam zapukać - tak też postąpiłam.
   Waliłam w drzwi, ale nikt nie otwierał. Byłam zmuszona zostać tam i czekać na ich powrót, bo prawdopodobnie poszli na jakieś zakupy. Nie mogłam też do nich zadzwonić, ponieważ mieli telefon tylko w domu. Chociaż nie. Posiadali jeszcze jakiś, jednak nie bardzo pamiętam, czy brali go ze sobą, gdy gdzieś wychodzili. Usiadłam na progu i zdecydowałam, że poczekam na nich. Nie miałam innego pomysłu, dlatego tylko spokojnie zawinęłam się w kłębek, myśląc o tym, kiedy wrócą.

***

Tym razem również krótko, ale to tylko dlatego, że nie mam czasu i knuję coś podłego, czego - mam nadzieję - nikt się nie spodziewa. Jestem taka zła. :D
Dziękuję za ostatni miły komentarz pod rozdziałem piętnastym. c:
I zachęcam do wyrażania swojej opinii na temat tego opowiadania itd. Pozytywna krytyka zawsze mile widziana. :3

niedziela, 4 października 2015

Rozdział 15

Ideał to brednie, a miłość jest fałszem.

Jeśli ktoś Cię atakuje - milcz. Nic go tak nie wkurzy, jak Twój spokój i milczenie.

   Wstałam, szybko poprawiając włosy oraz sukienkę, po czym opuściłam pokój chłopaków. Oparłam się plecami o ścianę na korytarzu - tak, to znowu te samo miejsce - ciężko oddychając. Bałam się konsekwencji tego, co właśnie zrobiłam. Jak mogłam być tak głupia? Dałam ponieść się chwili, pozwoliłam mu działać... Dobrze, że skończyło się na tym, że mój zdrowy rozsądek zwyciężył w tej ciężkiej walce i uratował mnie z opałów. Byłam mu wdzięczna i jednocześnie dłużna. Gdyby nie on, to nie wiadomo, co mogłoby się dziać później. Lepiej nie pociągajmy za sznurki wyobraźni... Odetchnęłam cicho i szybko pognałam do pokoju.
   Weszłam do środka, bezgłośnie otwierając drzwi. Usiadłam na łóżku i zakryłam twarz dłońmi. To wszystko zaczynało mnie coraz bardziej przytłaczać. Dlaczego byłam taka głupia? Czy nie można cofnąć czasu? Zaśmiałam się panicznie, czując, jak po mojej twarzy spływa łza. Dlaczego mnie to spotkało? Też chciałabym znać odpowiedź. Ja, Sophia Anastazja Lambert, przyrzekłam sobie, że więcej nie dopuszczę do takiej sytuacji, choćbyśmy zostali ostatnimi ludźmi na ziemi i mielibyśmy zaludnić planetę, niczym biblijni Adam i Ewa. Otarłam słoną ciesz i podeszłam do szafy dokończyć pakowanie. W końcu za niedługo miałam wracać do rodziny na święta.
   Usłyszałam, że ktoś wchodzi do pokoju. Podniosłam głowę i przetarłam delikatnie oczy. Nawet nie zwróciłam uwagi, kiedy zasnęłam, gdy składałam ubrania i chowałam je do walizki. Chociaż to bardzo ciekawe uczucie. Siedzisz, siedzisz, robisz coś i nagle tracisz kontakt z rzeczywistością, upajając się słodkim smakiem krainy, w której może zdarzyć się wszystko. Uśmiechnęłam się nieświadomie, gdy ujrzałam Violettę. Spoglądała na mnie dziwnie.
- S-Sosia, płakałaś? - zapytała, nieco piskliwym głosem, podchodząc i siadając obok mnie. Otworzyłam szerzej oczy, dotykając opuchniętych powiek.
- Ja...nie wiem. - powiedziałam szeptem. Płakałam przez sen? To jest w ogóle możliwe? Czy może jednak płakałam i zasnęłam, ale urwał mi się film i tego nie pamiętam? Już sama nie jestem tego pewna. Spróbowałam się uśmiechnąć, ale jestem pewna, że wyglądałam wtedy komicznie. Poszłam do toalety przemyć twarz, ignorując pytające spojrzenie Violi. Wiedziałam, że bardzo chce wiedzieć, co się stało i w sumie wolałam powiedzieć to jej niż Rozalii, jednak nie znałam przyczyny mojego szlochu. Prawdopodobnie była to wina ostatniego spotkania z białowłosym, ale żebym była w aż tak złym stanie?
   Wyszłam z łazienki i usiadłam na łóżku. Zwróciłam uwagę, że już się spakowałam i walizka jest zamknięta, także mogę śmiało dzwonić po taksówkę.
- Violetta, nikomu ani słowa na temat mojego wyglądu, a już na pewno milcz przed Rozalią. Mogę na ciebie liczyć? - podałam jej rękę na znak obietnicy. Uścisnęła ją, od razu mnie przytulając. Nie zdziwiłam się jej zachowaniem i objęłam ją spokojnie. Ładnie pachniała. Zapach łąki, kwiatów, ach. Coś wspaniałego. Czasami zazdrościłam takim obserwatorom jak ona spokojnego i kolorowego życia. Stałyśmy tak jeszcze przez chwilę. Ja puściłam ją pierwsza, ponieważ dokładnie za godzinę miałam jechać do domu. Tak bardzo tego nie chciałam...
   Siedząc na oknie, przyglądałam się spadającym płatkom śniegu. Znowu padało. Mimo że był to piękny, zabierający dech w piersiach widok, przestałam go lubić. Sama nie wiem, dlaczego. Może przez to, że przez moją głupotę prawie straciłam życie? Zresztą i tak się tego nie dowiem. Podniosłam się i chwyciłam w dłonie czarny kardigan, czarne rajstopy, krótkie białe spodenki i biały top, po czym ruszyłam do łazienki wziąć prysznic. Rozebrałam się i odkręciłam wodę. Bardzo chciałam zmyć z siebie wszystkie problemy, które mnie dotknęły, jednak było to niemożliwe. To tylko woda. Ona nie mogła przecież załagodzić mojego bólu i cierpienia. To było tak nierealne pragnienie, że aż zaczęłam śmiać się sama z siebie. Przekręciłam kurek, zatrzymując tym sposobem wodę i wytarłam się szybko. Zawinęłam sobie ręcznik na głowie i ubrałam się. Kończąc, podeszłam do lustra i spojrzałam w nie. Znowu widziałam twarz dziewczyny, która nie wyrażała żadnych emocji. Tylko w jej oczach tlił się ledwo widoczny płomień. Płomień, który sygnalizował, że jeszcze się nie poddała, że jeszcze będzie walczyć o lepsze jutro. Wysuszyłam szybko włosy i wyszłam z pokoju. Ubrałam moje białe trampki - tak, idealne obuwie na zimę - i położyłam się na łóżku. Jeszcze piętnaście minut i wracam...
   Leżałam tak przez dłuższy czas, gdy do pokoju wpadła Rozalia. Podniosłam się do pozycji siedzącej i mruknęłam cicho, witając się z nią. Podeszła do mnie pędem i rzuciła się na mnie, powalając nas obie na łóżko. Przyznam, że zaskoczyłam się trochę. Jednak nie na tyle mocno, by ona to dostrzegła.
- Kiedy wracasz? - zapytała, podnosząc się i puszczając mnie.
- Chyba po pierwszym stycznia. - uśmiechnęłam się niepewnie, wciąż czując na sobie wzrok białowłosej. Sama nie wiedziałam, kiedy wrócę. Nie byłam nawet pewna, czy wytrzymam w towarzystwie ciotki przez tydzień. Jak ja jej nie znosiłam...brak mi słów, by to opisać.
- To strasznie długo. Chciałabym, żebyś była tutaj z nami na Sylwestra... - wykrzywiła usta w smutną podkowę i spojrzała na mnie szczenięcymi oczami.
- Postaram się wrócić. - spojrzałam na zegarek. Musiałam już schodzić, więc pożegnałam się z Rozalią i pognałam z walizką pod akademik. Było chłodno, jednak musiałam wytrzymać te dwie minuty w oczekiwaniu na taksówkę. Z nikim się nie pożegnałam - nie licząc złotookiej. W sumie nawet nie musiałam tego robić, bo i tak niedługo miałam wracać, jednak czułam, że powinnam przynajmniej im powiedzieć, że wyjeżdżam.
   Srebrny samochód z tabliczką na dachu: "TAXI" podjechał pod bramę. Wysoki, starszy mężczyzna wyszedł do mnie i pomógł mi schować bagaż do bagażnika, a ja sama wskoczyłam prędko do tyłu, żeby nie zmarznąć w tych trampkach. Kierowca odpalił wóz i odjechał. Wiedziałam już, że czeka mnie długi tydzień męczarni...

***

W sumie rozdział miał być wczoraj, ale nie miałam pomysłu na dokończenie dwóch pierwszych akapitów. Jednak dzisiaj mnie natchnęło. :3
Jeżeli się spodobało, to mile widziany jest komentarz - nawet jedno słowo. c:

niedziela, 27 września 2015

Rozdział 14

Ideał to brednie, a miłość jest fałszem.

Przyjaźń pomiędzy kobietą a mężczyzną istnieje, póki jedna osoba utrzymuje w tajemnicy swoją miłość do drugiej.

   I znów szłam tym okropnym korytarzem, w którym już tyle przeżyłam. Od jakichś dziwnych halucynacji do mojego ostatniego wypadku... Tsa, bardzo śmieszne. Śmiej się dalej. Na pewno cię to usatysfakcjonuje. Przesuwałam się spokojnie po długim korytarzu, jak zwykle nikogo po drodze nie napotykając. Czasami było to irytujące. To tak, jakby w tym akademiku nikt nie mieszkał. Chyba, że jest nawiedzony, co z kolei wszystko zmienia. Wracając, stanęłam przed drzwiami do pokoju chłopaków i delikatnie nacisnęłam łokciem na klamkę, bo na rękach wciąż miałam różnego rodzaju pakunki i nie mogłam ich tak po prostu rzucić na ziemię, bo kto by je później podniósł? Weszłam do środka, zamykając za sobą wrota. Odłożyłam wszystko na stół i rozejrzałam się po pokoju. Białowłosego nigdzie nie było, więc usiadłam na łóżku. Chwilę później dostrzegłam, że w toalecie pali się światło.
- Lysiu, jesteś tam? - zapytałam nieco głośniejszym głosem. W odpowiedzi usłyszałam tylko dźwięk odkręcanej wody. Nic poza tym. Delikatny strumień wił się przez zlew, aż do rur, znikając po dłuższej chwili. Drzwi uchyliły się, a z nich wyłoniła się wysoka postura mojego przyjaciela. Natychmiast wstałam i podeszłam do niego, widząc, że ledwo stoi na nogach. Wyprowadziłam go stamtąd, po czym kazałam mu się położyć.
- Jak się czujesz? - zapytałam, lekko zaskoczona jego osłabieniem.
- Jakoś...tęskno mi... - odsapnął, ledwo oddychając. Od razu zorientowałam się, że ma zatkany nos, dlatego wstałam i szybko wyciągnęłam chusteczki z szuflady. Podałam mu je. Wyciągnął delikatnie rękę w moją stronę, ale zamiast złapać za opakowanie, chwycił mój nadgarstek. Zaskoczyło mnie to. Przez moment wydawało mi się, że nie trafił i właśnie dlatego złapał moją rękę, ale tak mocno się myliłam... Pociągnął mnie mocno, przez co wylądowałam na łóżku. Lysander schylił się do mojego ucha, szepcząc:
- Tak pięknie dziś wyglądasz... - lekko musnął moje ucho swoimi ustami i zaśmiał się cicho. Na moją twarz wparował ogromny rumieniec. Nie wiedziałam, co się dzieje. Byłam oszołomiona zachowaniem przyjaciela. Przecież...przecież to Lysander. On się tak nie zachowuje. Przynajmniej nigdy tego nie doświadczyłam, aż do tamtego momentu. Podniósł głowę, uśmiechając się delikatnie, po czym złączył nasze czoła. Patrzył w moje oczy, a ja w jego. Nie wiedziałam, czy mam się od niego oderwać, czy też zostać na razie w tej pozycji. Jedyną rzeczą, której byłam wtedy świadoma, to to, że białowłosy ma wysoką gorączkę i nie jest sobą. Przekręcił głowę bokiem i zbliżył się do moich ust, złączając je ze swoimi. Serce zabiło mi mocniej. Słyszałam, jak krew w moich uszach tańczy jakiś zmysłowy taniec. Nie wiedziałam, czy mam się cieszyć, czy płakać. Wiedząc tylko, że mój przyjaciel nie jest sobą i najprawdopodobniej to zapomni, oddałam pocałunek, napawając się słodkim smakiem jego ust. Wiedziałam, że w najbliższym czasie tego pożałuję, że będę przez to cierpieć, ale musiałam to zrobić. Moja podświadomość kazała mi działać w ten sposób, chociaż zdrowy rozsądek wyraźnie jej zaprzeczał, dusząc ją po cichu. Jednak i tak wygrała ona. Przecież ja sama nie mogłam posłuchać kogoś mądrego. Hah, zdziwiłabym się, gdybym zrobiła coś takiego. Nawet wręczyłabym sobie jakąś specjalną nagrodę za taki wyczyn, ale jak zwykle zrobiłam sobie pod górkę. Nie ma już odwrotu. Powiedziałam, dalej upajając się ustami białowłosego. Świetnie całował. I że ktoś taki jak on jeszcze nikogo nie ma... Poczułam, że coś się zaczyna dziać w mojej głowie. Podświadomość zaczęła walczyć ze zdrowym rozsądkiem. Zupełnie nie wiedziałam, co się dzieje. Z jednej strony mocno pragnęłam czegoś więcej od przyjaciela, jednak z drugiej nie chciałam niszczyć tego, co było między nami. Poczułam, że chłopak kładzie się na mnie. To w tamtym momencie pojedynek na śmierć i życie wygrał zdrowy rozsądek, ale muszę pogratulować podświadomości wytrwałości w walce. Tak zaciekle trzymała się na swojej pozycji, jednak i tak przegrała. Cóż, tak bywa. Obróciłam głowę na bok, sapiąc cicho. Czułam, że jestem cała rozpalona. W sumie, co się dziwić? Właśnie całowałam się ze swoim najlepszym przyjacielem. NAJLEPSZYM PRZYJACIELEM. Odepchnęłam go tak, że wylądował po drugiej stronie łóżka. Bez dłuższego namysłu podniosłam się do pozycji siedzącej i położyłam ręce na policzkach. Serce łomotało mi jak szalone. Myślałam, że wyskoczy mi z piersi i powędruje na jakąś wycieczkę, nie zabierając mnie ze sobą. Jednak tak się nie stało, ale wszystko było na najlepszej drodze do takiego stanu rzeczy. Białowłosy szybko się podniósł i oplótł mnie ramionami od tyłu. Słyszałam bicie jego serca i czułam gorący oddech chłopaka na swoim karku. Włożył głowę w moje włosy i delikatnie polizał mnie w ramię. Czułam się dziwnie. Odepchnęłam go ponownie, ale i to nie pomogło. Zbliżył się do mnie ponownie i złączył nasze usta w gorącym pocałunku. Znowu nie mogłam mu się oprzeć. Jednak z trudnością zahamowałam się i uderzyłam go w twarz. Po pomieszczeniu rozniosło się echo głośnego plasku, którym został obdarowany białowłosy. Przygryzłam delikatnie dolną wargę i spojrzałam na niego. Pocierał dłonią czerwone miejsce z wyraźnym zdziwieniem widocznym w jego oczach.
- N-Nie baw się moimi uczuciami. Pod ścianą są prezenty, wychodzę. - wstałam, szybko poprawiając włosy oraz sukienkę, po czym opuściłam pokój chłopaków.

***

Rozdział się podoba? Przyznam, że trochę mnie poniosło...hah. c:

niedziela, 20 września 2015

Rozdział 13

Ideał to brednie, a miłość jest fałszem.

Miłość jest jak fajerwerki. Najpiękniejsza w momencie, gdy rozpada się na kawałki.

   Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Już wiedziałam, że to czas na przyjęcie. Wstałam z łóżka i podeszłam, by otworzyć, ale ktoś mnie wyprzedził i prawie dostałam drewnem w twarz. Do pokoju wszedł, a raczej wtargnął Shion.
- Yo! - krzyknął, uśmiechając się przy tym szeroko. Spojrzał na mnie, a później na Rozalię, po czym zaśmiał się głośno.
- Shion, przysięgam ci, że kiedyś cię zabiję... - warknęłam zdenerwowana nieprzemyślaną próbą zabójstwa ze strony chłopaka. To nie był pierwszy raz, kiedy prawie mi czymś przyłożył, ale podejrzewam, że ostatni to również nie był. Złapał mnie za dłoń, spoglądając w stronę Rozy.
- Zabieram ją na przyjęcie! - krzyknął, wychodząc ze mną. Białowłosa rzuciła mu tylko spojrzenie pt. "Jakbym nie zauważyła..." i pomachała mi, życząc powodzenia w użeraniu się z tym zakręconym optymistą.
   Szliśmy spokojnie korytarzem. Cisza, spokój, normalnie raj dla moich uszu. Mogłabym żyć w takim miejscu na zawsze, gdyby tylko istniało. Właśnie, gdyby tylko istniało. Ale niestety nie ma takiego miejsca - chyba, że taka pustynia. Nic tam nie ma. Ludzi, wody, zieleni, zwierząt. Pozostaje tylko pustka i Ty. Tak, Ty. Nikt więcej. Chciałbyś czegoś takiego, prawda?
- Ale tylko wtedy, kiedy byłabyś tam ze mną. - odezwał się znikąd Shion, wyrywając mnie z rozmyślań. Nawet nie zauważyłam, że od jakiegoś czasu mówię wszystko na głos, niczym osoba, która posiada wymyślonego przyjaciela. Zrobiło mi się przez to głupio. Jeszcze nigdy nie zamyśliłam się do tego stopnia. To wszystko przez Rozalię. Musiała mi uświadomić taką rzecz... Ją też kiedyś zabiję.
- Zapomnij... - ścisnęłam mocniej jego rękę, przytulając się do niej. - W przeciwnym razie pożałujesz. - uśmiechnęłam się słodko, powstrzymując rumieńca. Miałam ochotę uciec stamtąd jak najszybciej, ale musiałam być silna, musiałam dać radę.
   Po krótkiej chwili dotarliśmy na przyjęcie. Wszędzie było pełno licealistów, rozmawiających wesoło. Każdy wyglądał pięknie, zupełnie jak z jakiegoś filmu. Ludzie wkomponowali się w wystrój sali idealnie. Dziewczyny miały na sobie piękne suknie - każda miała inny kolor i odcień, co wprawiało w zachwyt jeszcze bardziej - a chłopcy pozostali przy tradycyjnych garniturach lub tylko koszulach. Osobiście kocham facetów w koszulach, dlatego od wielu nie mogłam oderwać wzroku. Powstrzymywałam się tylko przed otworzeniem ust i ślinieniu się jak pies na widok jedzenia. Spojrzałam na bruneta. Wyglądał na równie zadowolonego, co ja. Ten błysk w jego oczach sygnalizował, że zaraz coś się wydarzy lub on sam zrobi coś dziwnego, całkiem w jego stylu.
- Chodźmy do choinki! - zaśmiał się wesoło i pociągnął mnie za sobą. Oczywiście musiałam pójść z nim, bo nie miałam wyboru, ale jednocześnie bardzo chciałam zobaczyć drzewko w otoczeniu prezentów z bliska.
   Stanęłam jak wryta, gdy w końcu udało nam się przedrzeć przez tłum do upragnionej choinki. Światełka mieniły się wieloma kolorami, a na jej czubku wisiała piękna, odbijająca wszystkie kolory gwiazda. Wszystkie gałązki były ozdobione srebrnymi, puchowymi łańcuchami i białymi wacikami, które imitowały śnieg. Byłam pod wrażeniem pracy, którą wykonali tutejsi uczniowie jak i zarówno nauczyciele. Przyłapałam samą siebie na odganianiu buraka i banana z twarzy. Nie sądziłam, że coś tak błahego wprawi mnie w taki zachwyt.
- Łap prezenty dla Lysia. Pójdziesz mu je zanieść. - Shion uśmiechnął się perliście, podając mi stos ślicznie opakowanych kartoników. Wśród nich znajdował się nawet mój. Musiałam odwrócić od niego wzrok, żeby brązowowłosy się nie zorientował, że akurat ten jest ode mnie. - No, leć! - pchnął mnie lekko do przodu, a ja, jak na gwizdek, pognałam w stronę akademika.

***

Yay~! Już kolejny rozdział za nami! Mam nadzieję, że się cieszycie, chociaż wiem, że wyszło krótko i znowu nic się nie dzieje. Ale, ale! Już w następnym rozdziale chcę dodać trochę akcji do opowiadania, żeby to trochę urozmaicić, bo zauważyłam, że trochę się wypaliłam i nie jest już zbytnio ciekawie. Na początku potrafiłam nawet skopać Kastiela, a teraz? ;-;
I zdecydowałam, że rozdziały będą pojawiały się na weekend. W sobotę lub niedzielę, bo tylko wtedy mam czas coś napisać i nie jestem zbytnio zmęczona szkołą. Mogę pospać do czternastej i iść późno spać. Ach~, normalnie kocham życie.
Oczywiście liczę na komentarze z Waszej strony, bo wiecie - to zawsze motywuje do dalszej pracy. :D

sobota, 12 września 2015

Rozdział 12

Ideał to brednie, a miłość jest fałszem.

Świat jest piękny. Nawet jeśli jest pełen smutku i łez, otwórz swoje oczy. Rób to, na co masz ochotę. Zostań tym, kim chcesz. Znajdź przyjaciół. Nie spiesz się i korzystaj z czasu, dorastając.

   Dreptałam spokojnie korytarzem, idąc w stronę swojego pokoju, gdy nagle się potknęłam. Przeturlałam się parę razy po podłodze, uderzając głową w ścianę i zdzierając sobie kolana. Nie wiem, jakim cudem moje nogi na siebie wpadły, ale wiedziałam, że był to najbardziej żenujący wypadek w moim życiu. Wszystko mnie bolało. Z kolan spływała delikatnie krew, a miejsce na czole, w które przywaliłam, pulsowało coraz mocniej. Przyłożyłam chłodną dłoń do bolącego miejsca i wstałam z podłogi, rozglądając się dookoła. Musiałam sprawdzić, czy nikogo nie ma w pobliżu. Przyznam, że czułabym się zażenowana, gdyby ktoś mnie zobaczył w takim stanie. Na moje szczęście korytarz był pusty. Wznowiłam wcześniejszą trasę, lekko kuśtykając. Zdarte kolana powodowały tak niesamowity ból, że ledwo dałam radę dojść do pokoju. Gdy już usiadłam na łóżku, czułam jak moje nogi pulsują. Po bladej skórze jeszcze spływały pojedyncze strumyki krwi.
- Że też akurat dzisiaj musiałam zaliczyć bliższe spotkanie z podłogą... - powiedziałam zrezygnowana pod nosem, wstając i podchodząc do apteczki. Wyciągnęłam z niej wodę utlenioną i bandaże. Czułam się jak mała dziewczynka, która dopiero nauczyła się chodzić. No kto normalny w moim wieku potyka się o WŁASNE nogi? Wróciłam na łóżko, czerwieniąc się z bólu na twarzy. - Zostało tak mało czasu do przyjęcia, a ja wyglądam okropnie. - pisnęłam, lejąc wodę na rany. O dziwo, gdy się przewróciłam, nawet nie jęknęłam. Czasami się zastanawiałam, czy aby na pewno jestem człowiekiem?
   Leżałam na łóżku, rozmyślając nad kreacją na przyjęcie, gdy do pokoju wpadła zdyszana Roza. Podniosłam się na łokciach i spojrzałam na nią. Była w pięknej fioletowej sukience do kolan. Włosy miała spięte w luźny kok. Najwidoczniej jeszcze nie zaczęła robić sobie fryzury. Podeszła do mnie i usiadła obok.
- Rany! Ja tutaj głowię się nad fryzurą i makijażem, a ty nawet nie zaczęłaś się szykować! Wstawaj i zakładaj sukienkę. - zarządziła, patrząc mi gniewnie w oczy. Podniosłam się zirytowana i wyciągnęłam z szafy sukienkę.
- Ta ci odpowiada? - ledwo pokazałam jej materiał, a ona już do mnie podeszła.
- Widzę, że potrzebujesz pomocy. Ciocia Roza służy dobrą radą, więc jej słuchaj. - pogroziła mi palcem, chowając sukienkę do szafy. - Poza tym, co sobie zrobiłaś? - uśmiechnęła się wścibsko. Od razu poczułam, że zaczynam się rumienić ze wstydu. Na szczęście białowłosa była pochłonięta szukaniem kreacji dla mnie i nie zauważyła tego.
- Cóż... Tylko się nie śmiej. - odczekałam chwilę, wciągając głośno powietrze. - Potknęłam się... - powiedziałam najciszej jak potrafiłam. Poczułam, że robię się cała czerwona. Wtedy miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
- Hahaha! - złotooka wybuchnęła miłym śmiechem. Spojrzałam na nią wściekle. - No już, już. Nie denerwuj się. Też ostatnio złapałam zająca. - uśmiechnęła się szeroko, wyciągając z szafy piękną, czarną sukienkę. Widziałam jej spojrzenie pt. "Ta jest idealna. Lysander na pewno się w tobie zakocha". Chciałam jej zdzielić w ten pusty łeb, ale zrezygnowałam, dostrzegając błysk w jej oczach.
- Tak, tak. Już idę się przebrać. - kąciki moich ust powędrowały delikatnie ku górze. Już wiedziałam, że na pewno będę w niej wyglądać olśniewająco.
   Szamotałam się ze sznurowaniami na plecach, ale z uporem maniaka udało mi się je zawiązać. Nacisnęłam klamkę i weszłam do pokoju. Rozalia stała pod oknem, widocznie czekając na mój powrót. Jej oczy się zaświeciły, a twarz nabrała buraczkowych kolorów.
- Widzisz! Miałam rację! Wyglądasz nieziemsko! - ścisnęła mnie, ciesząc się triumfalnie. Nie miałam pojęcia, że i ona może być tak szczęśliwa. Puściła mnie i wzięła szczotkę do ręki. - Czas na fryzurę. - usiadłam mimowolnie na krześle i przygryzłam lekko wargę. Już wtedy wiedziałam, że będzie bolało.
   Białowłosa przesuwała delikatnie szczotką po moich włosach, trafiając czasami na kołtuny. Powiedziałam jej, że nie będę spinać włosów, a ona - ku memu zdziwieniu - zgodziła się na to.
- Gotowe! - złapała mnie za ręce i poprowadziła do lustra. Zaparło mi dech w piersiach. Jeszcze nigdy nie wyglądałam tak pięknie. Sama zaczęłam się rumienić, a Roza tym razem to zauważyła. - To niesprawiedliwe, że tylko Lysander może oglądać ten widok... - zrobiła minę smutnego szczeniaczka.
- Ja się przy nim rumienię? - spojrzałam na nią, czując zaskoczenie i jednocześnie zażenowanie.
- Oczywiście. Nawet bardzo. - skinęła głową. - Nie mów mi tylko, że tego nie poczułaś. - obdarzyła mnie jakże rozbawionym spojrzeniem. Te iskierki w jej oczach zaczęły mnie strasznie drażnić. Pstryknęłam ją delikatnie w czoło, śmiejąc się cicho.
- Teraz sama się uczesz. Wyglądasz okropnie. - usiadłam na łóżku. Moje serce uderzyło trochę mocniej, gdy wspomniałam słowa Rozalii: "Nie mów mi tylko, że tego nie poczułaś". Jak mogłam być tak głupia? Teraz już wiem, dlaczego Lysander zawsze się tak uśmiechał. Racja, to rzadko się rumienię, ale...ale żebym tego nie poczuła? Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Już wiedziałam, że to czas na przyjęcie.

Sophia

***

Bardzo serdecznie dziękuję Dawidowi za wykonanie dla mnie tego rysunku. Ile ja Cię męczyłam z tymi zmianami, co mi się nie podoba, co ma być inaczej itd. Ale mimo wszystko efekt końcowy jest zadowalający i bardzo mi się podoba.
Teraz przynajmniej wiecie (nie licząc spisu bohaterów) jak mniej więcej wygląda Sophia.
Mam nadzieję, że ten rozdział Wam się podobał i zostawicie jakiś komentarz - to naprawdę motywuje do dalszego pisania. c:

niedziela, 6 września 2015

Rozdział 11

Ideał to brednie, a miłość jest fałszem.

Nikt nie może pokonać samotności, dlatego wybierze obecność nawet najgorszego człowieka.

   Mijały kolejne minuty, a do pokoju nikt nie przychodził. Stałam pod oknem, przyglądając się otoczeniu. Od ciągłego myślenia nad wszystkim zaczynała boleć mnie głowa. W pewnym momencie usłyszałam kroki na korytarzu, a zaraz cichy szczęk klamki. Do pokoju wszedł Kastiel, a kroku dotrzymywał mu Shion. Ich głowy automatycznie skierowały się w moim kierunku. Wyglądali śmiesznie, a w dodatku te zsynchronizowane ruchy bawiły mnie jeszcze bardziej. Czerwonowłosy położył się na łóżko, nie odzywając się do mnie słowem.
- Sophie, kopę lat cię nie widziałem! - brunet podszedł do mnie prawie od razu i uwiesił się na moim ramieniu, uśmiechając się przy tym szyderczo.
- Głupku, ledwo wczoraj rozmawialiśmy. - zaśmiałam się, co przy nim zdarzało mi się bardzo często. Jego mina zrzedła, gdy spojrzał w stronę Lysandra.
- Coście robili? - zapytał cicho, nie odrywając od niego wzroku.
- Nic... Przyszedł po mnie, gdy siedziałam na dworze. - uśmiechnęłam się niechętnie. Z każdą chwilą zaczynałam się jeszcze bardziej obwiniać za obecny stan chłopaka. Mogłam po prostu wejść do budynku, gdy wołali mnie nauczyciele, ale nie. Sophia Anastazja Lambert musiała zrobić swoje. Przez moje głupie pomysły i zachcianki cierpią ludzie, a ja się tym nie przejmuję, dopóki ten ból nie dotknie mnie lub kogoś mi bliskiego...jak w tym momencie.
- Jak mógł wyjść na dwór, mając gorączkę? Czy ten gołąb do reszty ogłupiał?! - czerwonowłosy warknął jakby do mnie, wtrącając się w naszą rozmowę. Wiedziałam już, że będzie bardzo zdenerwowany...że jest już bardzo zdenerwowany. Podniósł się na łóżku do pozycji siedzącej, podpierając głowę na splecionych dłoniach, opartych na kolanach. Spojrzałam niepewnie w jego stronę, powodując nagłe spotkanie naszych oczu. Tak, był mocno wkurzony. Myślałam, że mnie zabije albo zaraz zacznie krzyczeć. Przewidziałam wszystkie najgorsze scenariusze. Zaczynając od roztrzaskania mojej głowy na świeżo umytym oknie, a kończąc na poćwiartowaniu mnie w jakiejś starej piwnicy, a później wyrzuceniu części ciała w czarnym worku do rzeki w jakimś lesie. - Z tobą chyba też nie najlepiej. Zrobiłaś się cała blada. - wybełkotał, nieco delikatniejszym głosem. Nie sądziłam, że wystraszę się go do tego stopnia. Przecież to ja go kiedyś skopałam i to ja mu groziłam.
- Nie, wszystko w porządku. Chcę tylko, żeby Lysander poczuł się lepiej. - wywróciłam oczami, opierając się o ścianę. Zaczęłam zastanawiać się, czy białowłosy da radę przyjść na dzisiejsze przyjęcie, czy ucieszy się z mojego prezentu, czy w ogóle się dzisiaj obudzi. Tak dużo pytań zawracało mi w głowie, a znałam tak mało odpowiedzi.
- Sosia~! - odezwał się cichym głosem Shion, wyrywając mnie z rozmyśleń. Spojrzałam mu w oczy, niemo pytając, o co chodzi. - Nie, żebym cię wyganiał stąd, ale uważam, że powinnaś już iść. Wiesz, za parę godzin zaczyna się przyjęcie i chcę, żebyś była gotowa, kiedy po ciebie przyjdę. - zaśmiał się, widząc moją reakcję. Zdziwiły mnie te słowa, chociaż spodziewałam się wielu dziwniejszych zdań z ust bruneta. Był inny niż osoby, które znałam, dlatego wiedziałam, że mogę przypuszczać, iż dostanę nawet propozycję spędzenia wspólnej nocy w jego pokoju. Klepnęłam go w głowę, uśmiechając się szczerze.
- Dobrze. Zajmijcie się nim. - pomachałam im, wychodząc z pokoju.
   Dreptałam spokojnie korytarzem, idąc w stronę swojego pokoju, gdy nagle...

***

Posty coraz krótsze, wiem. W dodatku nic się nie dzieje, ale nie mam dla kogo pisać, dlatego tak jest. Poza tym - całość właśnie uległa zmianie. Pierwowzór wygląda zupełnie inaczej i jest - moim zdaniem - o wiele gorszy. Dziękuję, jeżeli ktoś to w ogóle czyta. ^^"

wtorek, 28 lipca 2015

Rozdział 10


Ideał to brednie, a miłość jest fałszem.

Ten, kto nie przestrzega zasad jest śmieciem, ale ten, kto nie dba o swoich przyjaciół, jest jeszcze gorszym śmieciem.

   Usiadłam pod murem, zupełnie nie czując nóg i rąk. Sama już nie wiedziałam, co mnie zmusiło do tego, by przesiadywać w taką pogodę na dworze bez kurtki. Nie mogłam się ruszyć. Poczułam, że moje oczy zamykają się delikatnie bez mojego działania. Wiedziałam, że głupio zrobiłam, lecz odwrotu już nie było. Ciało całkowicie odmówiło mi posłuszeństwa. Powieki opadły i już się nie podniosły. Mój czas minął.
   Wiedziałam, że zaraz zjawi się po mnie Ponury Kosiarz i zabierze mnie ze sobą do swej krainy, lecz przed ostatnim zamknięciem oczu ujrzałam, że ktoś biegnie w moją stronę. Tempo tego osobnika było zadziwiające. Pędził, niczym pies ze swoim panem w zaprzęgu. Chłopak klęknął przede mną. Przez pewien moment myślałam, że to jakiś pomocnik Ponurego, ale się myliłam. To był mój Lysander. Jego przerażona twarz, zarumieniony nos i policzki, potargane włosy. Wszystko to sprawiło, że poczułam się głupio przez to, co zrobiłam. Momentalnie odczułam ogromne ciepło, a zaraz po nim dziwne uczucie. Zupełnie, jakbym latała. Uchyliłam delikatnie oczy i zauważyłam, że białowłosy podniósł mnie i idzie ze mną w stronę budynku. Wykorzystałam swoje ostatnie ruchy rękoma przed zaśnięciem i objęłam Lysandra za szyję. Ledwo go widziałam, ale tamtego rumieńca na twarzy nie dało się ukryć.
- Dziękuję. - szepnęłam do niego na ostatku sił i położyłam głowę na męskim ramieniu. - Głupio zrobiłam... - przyznałam i zamknęłam oczy. - Proszę, nie opuszczaj mnie teraz, dobrze? - nie usłyszałam już żadnej odpowiedzi, ani nic nie zobaczyłam. Straciłam przytomność, gdy mieliśmy przekroczyć próg akademika. Podczas snu nachodziło mnie dziwne uczucie winy. Właśnie przeze mnie Lys musiał tam przychodzić, tylko po to, by zabrać moje pół żywe ciało.
   Zrobiło mi się dziwnie gorąco. Otworzyłam oczy i natychmiast zauważyłam, że nie jestem w swoim pokoju. Obok łóżka, na którym się znajdowałam, leżał Lysander. Zerwałam się na nogi i podeszłam do niego. Był strasznie rozpalony. Czerwona twarz, lekko mokre ubrania, a w dodatku leżał na podłodze. Bez namysłu przeniosłam go na łóżko, w którym chwilę wcześniej spałam i okryłam go szczelnie kołdrą. Spojrzałam na wiszący nieopodal łóżka zegar. Do przyjęcia zostały jeszcze tylko trzy godziny. Podeszłam do apteczki, która znajdowała się w każdym pokoju i wyciągnęłam z niej termometr. Odkryłam klatkę piersiową chłopaka i rozpięłam jego koszulę. Właśnie w tamtym momencie zrobiło mi się głupio. Nie wyglądało to normalnie, ale nie miałam wyboru. Przecież nie mogłam pozwolić, żeby wykończyła go podwyższona temperatura. Wsadziłam mu termometr pod pachę. Czekałam chwilę i po kilku minutach mogłam zobaczyć, o ile kresek ma za dużo.
- Trzydzieści dziewięć stopni Celsjusza... To są chyba jakieś żarty. - szepnęłam sama do siebie i złapałam się za głowę, po czym usiadłam obok chłopaka. Zaczęły atakować mnie jakieś dziwne myśli. To nie była moja wina, prawda? A jeżeli jednak? Nie wybaczę sobie tego! Nie wiedziałam, jak mam się ich pozbyć, ale jedno było pewne...nie wiedziałam, dlaczego tak mu podskoczyła temperatura. To była jedna z najgorszych sytuacji, które mogłam sobie wyobrazić tuż przed przyjęciem. W pewnym momencie zdziwił mnie fakt, że w pokoju nie ma ani Kastiela, ani Nataniela. Dopiero wtedy przypomniałam sobie, że w tych godzinach nigdy nikogo nie ma w pokojach chłopaków. Zaczęłam nasłuchiwać ciężkiego oddechu przyjaciela. Naprawdę się martwiłam, a nie miałam zielonego pojęcia, co robić. Złapałam go za dłoń i przymknęłam oczy, by się uspokoić.

***

Dzisiaj strasznie krótko. Mam wszystko napisane na brudno (w zeszycie) i nie idzie mi przepisywanie tego na komputer. Jest ciężko. Nie wiem, czy to przez to, że jestem okropnie leniwa, czy przez brak weny. W sumie obie opcje są prawidłowe... Przepraszam, że długo nic nie dodawałam. Mam zamiar wstawiać krótsze rozdziały, ale częściej. Więc...dziękuję, że to przeczytałaś/łeś. Zostaw komentarz, czy coś...to motywuje. Bez nich nie mam po co pisać, bo mam świadomość, że nikt tego nie czyta. c:

wtorek, 21 kwietnia 2015

Rozdział 9

Ideał to brednie, a miłość jest fałszem.

Taka krótka notka przed zaczęciem czytania tego rozdziału. Po zakończeniu rozdziału ósmego zachęcam serdecznie do przeczytania spisu bohaterów, gdyż bez tego w niektórych momentach nie będzie wiadomo skąd, dlaczego i po co to w ogóle się dzieje.

***
W taki sposób zwalcza się zło: przez zrozumienie powodów, dla których się je wyrządza, a nie przez wyeliminowanie człowieka jakąś tam szpanerską bronią.

   Dużo czasu minęło odkąd ostatni raz widziałam się z rodziną. Niby byłam obrażona na ciotkę, ale zbliżały się święta grudniowe. Sporo też się zmieniło między mną a Lysandrem. Dogadywaliśmy się jak stare małżeństwo. Nie jeden raz się kłóciliśmy, ale nie potrafiliśmy przeżyć bez siebie dłuższej chwili i szybko się godziliśmy. Została mi tylko jedna sprawa do wyjaśnienia, a mianowicie sierociniec. Jakoś musiałam mu powiedzieć, że to ja jestem tą maleńką Sophią, którą szuka już wiele lat, ale nie potrafiłam mu tego zrobić. Chociaż już zupełnie nieświadomie go przeprosiłam, to jednak czułam lekką pustkę w sercu. Pragnęłam w końcu zamknąć ten rozdział i dać mu wieczny spokój, lecz gdy próbowałam, zawsze się rumieniłam i mówiłam mu, że go kocham jak przyjaciela i to się nigdy nie zmieni. Nawet, gdy będziemy wąchać kwiatki od spodu, a nasze ciała będą pożerać różnorakie insekty. Chociaż i tak kłamałam. Również z Kastielem dogadywałam się o jakieś sto procent lepiej. Owszem, kpił ze mnie, dokuczał mi kiedy tylko miał na to ochotę, ale to był tylko i wyłącznie jego nawyk, znak rozpoznawczy, że jest w dobrym humorze i nie muszę go omijać szerokim łukiem. Często rozbawiał mnie swoimi głupimi żartami, które nie były śmieszne nawet w najmniejszym stopniu. Dziwnie wyglądały sytuacje, w których ja się śmiałam - nikt więcej. Nastolatek z czerwoną czupryną w takich chwilach tarmosił mnie za policzki jak ciocia swoją siostrzenicę. W jakiś magiczny sposób zaprzyjaźniłam się z Natanielem, chłopakiem o pięknych, miodowych oczach i złotych włosach. Chociaż rzadko rozmawialiśmy, to jednak nasze relacje były w idealnym stanie. Do czasu... Poznałam również imię zielonookiego bruneta. Mówili mu Ken, lecz on tego nie znosił. Jego pełne imię brzmi Kentin, zaś tamten skrót to złośliwe określenie, które nadała mu koleżanka z gimnazjum. Strasznie bawiło mnie jego poczucie humoru. Co tu pisać? Bardzo rzadko się widywaliśmy. Prawdopodobnie tylko na biologii i na korkach z niej, które sama mu wykładałam.
   Cicho szykowałam się do wyjazdu na Boże Narodzenie do rodziny. Dziewczyny jeszcze spokojnie spały a ja, nie chcąc ich budzić, ubrałam się ciepło i wyszłam na dwór. Z powagą przyglądałam się spadającym płatkom śniegu. Zawsze fascynowały mnie ich różnorakie kształty. Mimo iż były maleńkie i ledwo widoczne dla oczu człowieka, to naprawdę sprawiały cudowne wrażenie. W pewnym momencie przypomniałam sobie, że muszę zapakować prezenty dla przyjaciół, bo jutro mamy licealną Gwiazdkę przed wyjazdem do domów. Odwróciłam się i zderzyłam z męską sylwetką. Gdyby nie to, że znałam tego osobnika, to zeszłabym na zawał.
- O czym tak tu rozmyślasz? - usta Lysandra ustawiły się w wesołą podkowę. Wiedział, jak wycisnąć ze mnie najważniejsze informacje.
- Jutro wyjeżdżam. Będziesz tęsknił? - automatycznie zmieniłam temat. Nie mogłam przecież powiedzieć, że myślę o prezentach, ponieważ dla niego też jeden miałam. Zauważyłam lekkie zakłopotanie w jego oczach. Rumieniec sam wpełznął na jego policzki, tym samym rozbudzając moje rozbawienie. - Dobrze, będę już lecieć. Do zobaczenia! - cmoknęłam go lekko w policzek i pobiegłam do akademika. Gdy zamykałam drzwi zauważyłam, że wciąż tam stoi i śmieje się sam do siebie pod nosem. "Co za idiota" parsknęłam z rozbawieniem w myślach.
   Z tego, co mi było wiadomo, dziewczyny zostawały w mieście na święta, ponieważ Roza zamierzała spędzić Wigilię z Leo, a Violka była miejscowa. Nie pałały entuzjazmem w stosunku do mojego wyjazdu, ale już obiecałam wujkowi, że przyjadę do nich. Zastanawiałam się dłuższą chwilę, czy aby na pewno powinnam wracać. Bałam się, że spotkam Dakotę, a tego raczej nie chciałam przeżywać. Już wystarczająco dzięki sobie cierpieliśmy.
- Nie opuszczaj mnie! - skandowała Rozalia. Przez pewien moment chciałam ją wyrzucić przez okno, ale jednak powstrzymałam swoje niecne zamiary.
- Przykro mi. Już powiedziałam, że będę, ale jeżeli chcesz, to możesz ze mną pojechać. Wujostwo na pewno nie będzie miało nic przeciwko. - odpowiedziałam, uśmiechając się lekko. Pokręciła delikatnie głową. Wiedziałam, że jest zakochana w Leo i choćby nie wiem co, nie opuści go. Zwłaszcza, gdy się z nim umówiła. Zazdrościłam jej jednej rzeczy - świąt spędzonych tak blisko Lysandra.
   Obudziłam się wcześnie rano i pobiegłam do schowka zapakować wszystkie prezenty. Musiałam się gdzieś ukryć, by nikt mnie nie zauważył. Gdy już skończyłam, zabrałam wszystko i poszłam zanieść pod choinkę. Była wielka i żywa. Jej gałęzie pięknie się rozkładały w różne strony. Na każdej z nich leżał śliczny, kolorowy łańcuch z papieru, który robili uczniowie jednej klasy na zajęciach plastycznych. Poza mną i drzewkiem świątecznym w sali nikogo jeszcze nie było. Położyłam paczki pod choinką w różnych miejscach i poszłam do kuchni. Kucharki stały i pracowały nad świątecznymi potrawami. Ucieszyły się, gdy mnie zobaczyły, aż sama się wtedy zdziwiłam, bo zazwyczaj były na mnie zdenerwowane. Zawsze rozbijałam się po stołówce, rzucając jedzeniem i talerzami. Mimo tych wszystkich obelg, które wysyłałam do nich w każdej możliwej sytuacji, wciąż mi powtarzały, że beze mnie byłoby nudno. Usadowiłam się w zacisznym kąciku i zaczęłam im pomagać przy gotowaniu posiłków.
   Siedziałam spokojnie i nasłuchiwałam rozmów kucharek. Nie były ani trochę interesujące, ponieważ ciągle powtarzały przepisy na potrawy wigilijne. Po tym, jak zakończyłam robić ciasto na pierogi, zaczęłam nakładać do niego farsz, a następnie sklejać je. Nudziłam się do tego stopnia, że rozpoczęłam nucić jakąś melodię. W pewnym momencie usłyszałam rozmowę kucharek, która nie miała nic wspólnego z dzisiejszym przyjęciem.
- Ta mała jeszcze tam siedzi? - zapytała jedna z kucharek.
- Zapewne już nie, bo robienie ciasta nie zajmuje aż tyle czasu.
- To dobrze. Stefka, słyszałaś o ostatnim incydencie? - powiedziała starsza pani, a ja zaczęłam baczniej przysłuchiwać się ich konwersacji.
- Chyba nie. No, opowiadaj! - krzyknęła z entuzjazmem.
- Doszło do kolejnej ostrej sprzeczki między gospodarzem, a tym od matki stwewardessa'y. - chodziło jej o Nataniela i Kastiela. Jeżeli chodzi o blondyna, powinniście już wiedzieć, że jest on gospodarzem w naszym liceum. Chociaż możecie nie wiedzieć, że rodzice czerwonowłosego pracują w samolocie. Ojciec jest pilotem, zaś matka stwewardessa'ą. - Podobno pokłócili się o naganę tego w białych włosach. - moje serce zatrzymało się na moment. Lysander dostał naganę? To na pewno tylko głupia, szkolna plotka! Mimo takiego myślenia nie mogłam przyjąć tego do wiadomości.
- Biedny Kastiel. Bronił przyjaciela i później sam cierpiał. Słyszałam, że żebro mu się złamało. Czy to prawda? - odezwała się druga kucharka.
- Zapytaj się pielęgniarki. - odparła bez dłuższego zastanowienia, zaś ja wszystko odłożyłam i wyszłam z kuchni. Nie wierzyłam, że mogło mnie ominąć tyle rzeczy, chociaż zawsze byłam na miejscu. Tak bardzo się zdenerwowałam, że wybiegłam na szkolny dziedziniec bez kurtki. Na mej szyi był zawinięty tylko ciepły szalik.
   Mój mózg się gotował ze zdenerwowania. Poszłam do klubu ogrodników, by się trochę ogrzać. Ucieszyłam się, że w szklarni nikogo nie było. Mogłoby być nieciekawie, gdyż należałam do innego klubu, a przebywanie na posesji przeciwnika zostało zakazane przez dyrektorkę. Pomyślałam, że jeżeli spotkam któregoś z trzech przyjaciół, to we trójkę wylądują u pielęgniarki. Z kolei ja na dywaniku u dyrektorki. Otuliłam się mocniej ramionami i skuliłam pod drzewkiem cytrusowym. Piękny zapach jeszcze niedojrzałych owoców sprawiał, że czułam się jakbym była na cudownych wakacjach.
   Usłyszałam ciche skrzypnięcie drzwi, ale nawet przez moment się nie poruszyłam. Nie wiem dlaczego, ale moje dłonie trzęsły się jak opętane. Czułam się, jakbym się czegoś bała. Uspokoiłam się, gdy hałas umilknął. Przyszło mi to z naprawdę zadziwiającą łatwością. Podniosłam się delikatnie z podłogi i rozejrzałam się w koło, lecz, ku memu zdziwieniu, nikogo nie ujrzałam. Drzwi trzaskały z siłą fizyczną mocniejszą niż moja. Gdybym ich nie zamknęła, to z pewnością byłabym już martwa, gdyż szkło, które na sto procent by się rozbiło, przebiłoby mnie na wylot, powodując natychmiastowy zgon.
   Sterczałam na dziedzińcu jak skończona idiotka. Zamarzałam, ale mimo to nie chciałam wejść do budynku. Kilka razy nauczyciele próbowali mnie do tego zmusić, ale nawet siłą im to nie wyszło. Każda interwencja dorosłych kończyła się totalną klęską i wycofaniem się ich do ciepłego pomieszczenia. Do przyjęcia licealnego zostało jeszcze sporo czasu - jakieś pięć godzin. Kompletnie nie zdawałam sobie z tego sprawy. Myślałam tylko o naganie przyjaciela. Przyprawiało mnie to o mdłości i zawroty głowy. Był zbyt delikatny, by ją dostać, chociaż jego tajemnicze zachowanie, którym obdarzał mnie już drugi tydzień, wszystko by tłumaczyło, lecz nie miałam pojęcia za co ją dostał...
   Usiadłam pod murem, zupełnie nie czując nóg i rąk. Sama już nie wiedziałam, co mnie zmusiło do tego, by przesiadywać w taką pogodę na dworze bez kurtki. Nie mogłam się ruszyć. Poczułam, że moje oczy zamykają się delikatnie bez mojego działania. Wiedziałam, że głupio zrobiłam, lecz odwrotu już nie było. Ciało całkowicie odmówiło mi posłuszeństwa. Powieki opadły i już się nie podniosły. Mój czas minął.